nie wytrzymalam
Komentarze: 3
No bo ile mozna wytrzymac??? Ja rozumiem, ze chory, ze katar, ze kaszel, ze zeby... Ale to nie od wczoraj, nie od poczatku przeziebienia... Tylko juz od dluzszego czasu.
Przychodzi pora spania, tym samym i zapelnienia brzusia, a Kluch zamiast za cyca, zaczyna wyc. I moge sobie go nosic, spiewac, przytulac, kolysac... i nic. Ktos by powiedzial, zeby zostawic samego. Owszem probowalam. Kluch nakreca sie z kazda minuta i potem jeszcze gorzej go uspokoic. A wyc Kluch potrafi... najdluzej wytrzymalam psychicznie blisko 4h. I wcale sie maly nie zaczynal uspokajac... tylko z kazda minuta bardziej zawodzil.
A wczoraj... no coz. Po niemalze calym dniu noszenia, wieczorem po drugiej godzinie wrzasku... cos peklo we mnie. Cyc nie, wyginal sie jak struna, w pozycji, do niedawna niezawodnej, na wpol siedzaco tez nie pasowalo, kolysanie, bujanie, podskakiwanie, spiewanie, glaskanie, kolysanki ....
Wyl i wyl...
Mi rece odpadaly juz, nadgarstek odmawial posluszenstwa, noga (dolegliwosc niezidentyfikowana jeszcze z dziecinstwa) w kostce zaczela nawalac...
[Zreszta od jakiegos czasu chodze z tymi lapami dretwiejacmi, nerwobolami krazacymi, gdzie im sie podoba, zanikami czucia w palcach... do lekarza.)
Tak wiec ja WYRODNA MATKA walnelam Kluskiem w poduche. Jeszcze dlugo wyl i nie zapowiadalo sie na zakonczenie. Tak czy siak musialam udobruchac gowniarza.
I co tu z takim zrobic??? Ja juz wymiekam. I pomyslec, ze zasypial sam po powrocie ze szpitala, zanim zaczely sie kolki...
buziaki!
bo ja to taka matka foka (jak nazwala mnie i siebie rehabilitantka mojej mamy), kazda potrzebe dziecka spelniam, tzn w ramach rozsadku i tylko kosztem malutkiego zepsucia dziecka:)
w koncu to ja chcialam dzieci, a one pojawily sie w wyniku moich staran.
dlatego najpierw ich potrzeby potem ja. czyli tego Ja nie ma:)
i tylko czasem mnie poniesie.
Dodaj komentarz